Dar intelektu - Biblioteka Narodowa

Obchody niepodległości - przejdź do stronyTeraz: zamknięte  |  pon.–sob. 8.30–20.30 

Rok Herlinga-Grudzińskiego 2019

Rok Herlinga-Grudzińskiego 2019

Dar intelektu

Józef Wittlin

Czytanie Drugiego przyjścia sprawia podwójną przyjemność: intelektualną i estetyczną. Sama delektacja jednak nie stanowiłaby o wadze i uroku tej oraz poprzednich książek Herlinga-Grudzińskiego, gdyby z nich nie przemawiał człowiek, usiłujący ratować naszą moralność, zdawałoby się, bezapelacyjnie skazaną na zagładę. Nie dajmy się zwieść pozornemu pesymizmowi tego pisarza. Jest to tylko baza wypadowa akcji ratowniczej. Gustaw Herling-Grudziński zdaje się rozumować w ten sposób: – Świat się wali? Owszem. Ale czy powinniśmy przykładać ręce do tego, aby się prędzej zawalił? A może jest nadzieja, że się nie zawali? Więc próbujmy go ratować.

Autor Innego świata, Skrzydeł ołtarza i Drugiego przyjścia należy do tych, nielicznych dziś pisarzy, niezwiązanych żadną doktryną ani wiarą, którzy nie poddali się nihilizmowi. W ogóle nie jest on z tych, co łatwo się poddają. Nie ma w nim nic z kapitulanta. Ale też nie zaciera triumfalnie rąk na widok klęsk, które przepowiedział. Wielu „intelektualistów” w naszych czasach dało się rozbroić jeszcze przed poniesieniem klęski. Upajają się potem wątpliwą satysfakcją trafnej diagnozy. Zapewne sama literatura nie wyleczy świata z trapiących go chorób i nie powstrzyma nadchodzącej katastrofy. Ale kto wie, czy nie uodporni, przynajmniej myślącą mniejszość ludzkiego rodu, przeciw siłom, co gotują mu zgubę? Wydaje się, że Herling pracuje w tym kierunku i dlatego utwory jego przerastają swoje intelektualne i estetyczne zalety.

Współczesne piśmiennictwa roją się od „intelektualistów”. W cudzysłowie i bez cudzysłowu. Coraz częściej jednak odkładamy ich ciekawe, a czasem nawet mądre książki z uczuciem czczości, jak po spożyciu przysmaków, raczej szkodliwych niż koniecznych dla zdrowia, a w każdym razie nie zaspakajających głodu. Intelektualizm Herlinga-Grudzińskiego nie jest ani celem samym w sobie, ani mu nie służy do popisywania się przed czytelnikiem. Służy raczej do wyjaśniania, jeśli nie do rozwiązywania niektórych zagadek i tajemnic naszego bytu. Indywidualnego i zbiorowego. I zawsze w warunkach dokładnie określonych czasem i przestrzenią, czyli w granicach tzw. rzeczywistości historycznej. Jest więc Herling autorem o zacięciu wybitnie społecznym, a nawet politycznym, co nie znaczy, że nie obchodzą go zagadnienia metafizyczne.

Pisarzem, takim jak autor Drugiego przyjścia, walczącym o godność człowieka i o przyzwoite warunki jego bytu na ziemi, łatwo przykleja się nalepkę: humanista. Określenie to wydaje mi się powierzchowne, chyba że humanistą jest każdy, komu człowiecza dola i niedola leżą na sercu i gniotą mózg. Humanista w pierwotnym znaczeniu tego pojęcia jest zaprzeczeniem moralisty. Toleruje wszystko, co ludzkie, a więc i zło. Humanizm tego pokroju często prowadzi do nieludzkości, o czym mogliśmy się niedawno przekonać, a na co moralista Herling jest szczególnie uczulony.

Jakże on niepodobny do owych intelektualistów, których José Bergamin potępił i osadził w dantejskim piekle. W tym samym kręgu Inferna, gdzie męczą się ci, co zaprzepaścili „dar intelektu”.

 

          ...le genti dolorose

          che hanno perduto il ben de lo'ntelletto".

          (Inf. III, 16-18)

 

„Słowo intelektualny – powiada Bergamin w książce Lazaro, Don Juan y Segismundo – jest groźne. Zadaje ono rany. Bywa dwusieczne. Nie powinniśmy przeto ufać tym, co sami nazywają się poetami lub intelektualistami. Oni z góry są już skazani na dantejskie Inferno”. Niewątpliwie Bergamin ma na myśli pychę. Dantejski natomiast „dar intelektu” jest tym, co nazywamy „iskrą Bożą”. Dar „intelektu” usiłuje w człowieku zadeptać posępny diabeł, Belzebub, „Król much”, nie ów romantyczny, czarujący „światło niosący” Lucyfer. Diabeł sprowadza człowieka do stanu ogłupienia i zezwierzęcenia. W najpiękniejszym opowiadaniu, zamieszczonym w Drugim przyjściu: w Księciu niezłomnym również jest mowa o „darze inteligencji”. Niezapomniany bohater tej noweli, książę Gaetano Santoni „piętnował codzienne deptanie przez dzicz w czarnych koszulach włoskiego daru inteligencji”. Myślę, że, sympatia polskiego autora dla tej szlachetnej, kto wie, może autentycznej postaci świadczy wymownie o darze intelektu, którym rozporządza sam autor, chociaż pewno by się zżymał, gdybyśmy jego talent przypisywali „iskrze Bożej”.

Co do przyjemności estetycznej, z jaką czytamy Drugie przyjście, nie jest ona tylko owocem starań autora o piękno wysłowienia. Piękno to jest organicznie związane z „darem intelektu”. A dodajmy, że jest to intelekt wyjątkowo – jak na nasze czasy – jasny i przytomny. W utworach Herlinga-Grudzińskiego nie ma interesujących majaczeń, którymi nas karmi dzisiejsza literatura. Drugie przyjście pisał człowiek trzeźwy i zdrowy. Nie wstydźmy się trzeźwości ani zdrowia, jakkolwiek niejedno arcydzieło zawdzięczamy morbidezzy i opętaniu. Ale czy nie za wiele patologii stało się obecnie już nie tylko zaczynem, ale samym chlebem powszednim „pięknej sztuki pisania”, jak ją w nader dramatycznych okolicznościach nazwał i na świadectwo „epoki pieców” wezwał Adolf Rudnicki? Nasza epoka jest i bez pieców krematoryjnych Oświęcimia dostatecznie obłąkana, więc dobrze jest niekiedy spotkać pisarza, który sumiennie bada jej obłęd, sam nie będąc pacjentem. W takich czasach, jak nasze, trzeba mieć odwagę zwalczania aberracji, a nie poddawania się im. Herling-Grudziński posiada tę odwagę. I to też go wyróżnia spośród tylu jego piszących rówieśników. Pisarskie jego zdrowie przejawia się w samym stylu, w klarowności myśli, obrazów i zdań. Nie należy wszakże tego zdrowia utożsamiać z tzw. krzepą, na którą chorowała niejedna literatura przed ostatnią wojną i niejedno społeczeństwo dało się tą „krzepą” śmiertelnie zakazić.

W utworach Herlinga-Grudzińskiego od razu rzuca się w oczy fakt, iż pisarz ten obiema nogami stoi mocno na tej i tylko na tej ziemi. Obojętne, jaka to jest ziemia. Czy lodowata, nieludzka pod kołem polarnym, czy bardzo ludzka nad Zatoką Neapolitańską. Tu i tam autor Innego świata nie przestaje się troszczyć o ludzi, których napotyka i wśród których musi żyć. Od razu czuje się ich towarzyszem. Rzadko spogląda w niebo, gdyż nie spodziewa się stamtąd pomocy. Mimo to potrafi lojalnie odnosić się nie tylko do ludzi spoglądających w niebo i ufających siłom nadprzyrodzonym, ale nawet do doktryn i mitów, którymi te siły posługują się w obcowaniu z ludźmi. Przykładem: ostrożność, z jaką autor Drugiego przyjścia podchodzi do spraw wiary i Kościoła katolickiego. A pamiętajmy, że to podchodzenie racjonalistycznego moralisty odbywa się w epoce opromienionej blaskiem pontyfikatu i zapewne niedalekiej już aureoli Jana XXIII. Nie jest też obojętny fakt, iż Herling-Grudziński od wielu lat mieszka we Włoszech, a więc w pobliżu kolebki aggiornamento, kiedy to sam Kościół rzymski chce z siebie zrzucić brzemiona, niepotrzebnie obciążające stare „mistyczne Ciało Chrystusa”. Autor Drugiego przyjścia jakby z pewnym zażenowaniem chował się w wielkim cieniu, który od wieków rzuca chrześcijaństwo na umysły i wyobraźnię. I od wieków zapładnia sztukę, zapraszając artystów do tworzenia nowych wersji starych, ale wciąż żywych motywów. Każdy czytelnik Skrzydeł ołtarza i Drugiego przyjścia bez trudu zauważy fascynację religii i Kościoła, jakiej, nie tylko z czysto estetycznych pobudek, ulega trzeźwy, przytomny, kurczowo trzymający się ziemi autor tych pięknych opowieści.

Postawę jego wobec wiary, a raczej wobec fanatyzmu wiernych we wczesnym włoskim średniowieczu (przypominają się tu niekiedy Żywe kamienie Berenta) najlepiej określi zdanie, wyjęte z tytułowego opowiadania w zbiorze Drugie przyjście. O fanatycznych pokutnikach, zwanych d i s c i p l i n a t i, którzy 4 maja 1260 r. wyszli w czarnych workach na głowie na ulice Peruggi, powiada autor, iż „szukając wiekuistej światłości, weszli w ciemność”. Kto wie, czy w tym jednym zdaniu nie mieści się istota wszystkich pretensji moralisty Herlinga do Kościoła i do aberracji wywołanych fanatyzmem? Autor Drugiego przyjścia zgodziłby się chyba na istnienie wiekuistej światłości i, kto wie, czy sam by jej nie pragnął, gdyby w dziejach, tak mu przecież drogiej, cywilizacji, słusznie lub niesłusznie zwanej  chrześcijańską, dążenia do tej światłości tylekroć nie utrudniała i nie unicestwiała ciemność. Ciemność, czyli zatracenie dantejskiego „daru intelektu”.

Skrzywdzilibyśmy Herlinga, zaliczając go do liberałów, tak samo, jak zbywając go nazwą humanisty. To jest pisarz wybitnie z a a n g a ż o w a n y, wyraźnie polityczny i odrzucający wszelkie ideologie, które mu wydają się niemoralne i szkodliwe. To pisarz po łokcie zaangażowany w służbie bliźnim i to nie abstrakcyjnym bliźnim. Jedną z form tej służby jest jego publicystyka, ożywiająca tętno tak świetnych szkiców literackich, jak Cierpienia młodego outsidera, Izaak Babel lub Demon naszych czasów.

Gustaw Herling-Grudziński nigdy nie jest bohaterem swych opowieści. Nawet, gdy pisze o sobie. Toteż dramatyczne jego przygody są ważne w jego relacji nie dlatego, że on w nich uczestniczy, lecz ponieważ dotyczą i moralnie obciążają nas wszystkich. Rzadka to zaleta w „epoce pieców”, która niestety tylu autorom dostarczyła tworzywa z ich własnych przygód. Przygody te, wiarygodnie opowiedziane, usprawiedliwiają nawet egocentryzm owych autorów. Ktoś, kto nie czytał Innego świata mógłby mniemać że Drugie przyjście i Skrzydła ołtarza pisał jakiś beniaminek Fortuny, któremu ona oszczędziła ciężkich prób i doświadczeń. Co prawda w przedmowie do Drugiego przyjścia wspomniane jest indywiduum nazwiskiem Mickiewicz, które autor spotkał zimą 1940 roku w Grodnie, a bez którego może nie mielibyśmy Innego świata. Autor Drugiego przyjścia przeszedł przez lodowate piekła sowieckich łagrów, lecz powrócił z nich bez poczucia własnej wyjątkowości. Obozowe i wojenne przejścia wyostrzyły mu umysł i wrażliwość na niedolę innych ludzi. Toteż Herling należy do tych pisarzy, którzy „czują” drugiego człowieka i to nie tylko w odniesieniu do swojej osoby. Jakie trzydzieści lat temu, owo „czucie” drugiego człowieka było naturalne u każdego, kto zabierał się do pisania książek, ale nie dziś, gdy tyle książek piszą męczennicy introspekcji. Herling-Grudziński nie częstuje nas osobliwościami swego wnętrza. Woli nam opowiadać o innych ludziach i to w taki sposób, że ich sprawy stają się naszymi sprawami. Jest to zatem pisarz wolny od narcyzmu. Nie przegląda się w lustrze, gdyż wie, że posiada własną, wyrazistą, niekiedy gniewną twarz. I nie podrabia cudzych, interesujących fizjonomii. Nie jest też dandysem, nawet w tym głębszym sensie, jakim zaszczycił dandysa Camus w L'homme révolté, nazywając dandyzm „zdegradowaną formą ascezy”. Według Camusa „dandys gra swoje życie, nie mogąc go przeżywać”. Herling-Grudziński przeżywa swoje życie, więc nie ma potrzeby go grać. Ani przed nami, ani przed sobą.

Jest pisarzem emigracyjnym, więc podlega prawom, spod których nie może się wymigać żaden pisarz, przebywający poza własnym krajem. Jakkolwiek Herling interesuje się wszystkim, co się tam dzieje i pisze, jest on odsunięty od  i m p o n d e r a b i l i ó w  powszedniego życia w Polsce. Z daleka może śledzić tylko gotowe, już skrystalizowane, jeśli nie skostniałe, a więc uchwytne i nazwane objawy tego. życia. O imponderabiliach, niemających jeszcze konturów ani nazw – pisarz emigracyjny dowiaduje się jedynie z ustnych lub pisemnych relacji innych osób lub autorów. Nie pomoże mu nawet turystyka do ojczyzny. Nie uwolni go od perspektywy outsidera. Herling dobrze o tym wie, skoro w usta swego Księcia niezłomnego włożył te słowa: „Co innego jest oglądać ojczyste wzgórza z doliny wygnania, a co innego być na nich”.

Pisarz emigracyjny jest skazany na wykorzystywanie wspomnień lub tematów niezależnych od miejsc jego pobytu. Chyba że potrafi włączyć się w nurt nowego życia w świecie, który go przygarnął. Bywa tam mile lub niemile widzianym gościem, a nie pełnoprawnym udziałowcem doli tubylców. Oczywiście, że sytuacja przybysza z innego kręgu kultury zaostrza jego widzenie zjawisk, których tubylec me zauważa. Bogata Jest literatura podróżników, nawet takich, co latami siedzą „kołkiem” na jednym miejscu.

Rzadko się zdarza, żeby piszący emigrant zapomniał o przywiezionych ze swojego świata kryteriach, uprzedzeniach lub entuzjazmach i umiał wtopić się, a nawet rozpuścić w nowym dlań świecie. Sądząc po takich utworach, jak Książę niezłomny lub Most Herlingowi udało się to znakomicie. W krótkim stosunkowo czasie poznał on obecną i historyczną rzeczywistość Włoch i przyswoił ją sobie z zadziwiającą swobodą· Gdybyśmy nie wiedzieli kto napisał Księcia niezłomnego moglibyśmy ten, chyba najpiękniejszy w omawianej książce, utwór uważać za przekład z włoskiego. Oczywiście nie wiemy, czy tego samego zdania są również włoscy czytelnicy. Nam się zdaje, że polski autor nie tylko znakomicie sportretował (obojętne czy „z natury” czy z wyobraźni) urzekające postacie obu antyfaszystów i namalował – wcale nie pocztówkową techniką – pejzaż Capri i Zatoki Neapolitańskiej, ale i znacznie trudniejszy pejzaż polityczny powojennych Włoch, a więc pejzaż epoki. Boje ideologiczne księcia Gaetano Santoni z pisarzem Guidonem Battaglia nazwał autor „pojedynkiem dwóch rywalizujących z sobą arystokracji antyfaszystowskich, z których jedna broniła wygnania z kraju, a druga sensu wygnania w kraju”.

Jakże bliska jest polskim fuorusciti problematyka Księcia niezłomnego mimo odmiennego tła, kolorytu i kulturalnej tradycji. Książę niezłomny to nowela polityczna. Ale w żyłach księcia Santoni i pisarza Battaglii płynie gorąca, szlachetna krew, a nie farba drukarska, którą czuć wiecowe odezwy i partyjne ulotki. Pod względem artyzmu można utwór Herlinga porównać z arcydziełem beletrystyki niemieckiej Die politische Novelle Brunona Franka, napisanym w pierwszym dziesięcioleciu Republiki Weimarskiej.

Obok Księcia niezłomnego postawiłbym opowiadanie pt. Most. Krótki ten utwór opatrzył autor podtytułem: Z kroniki naszego miasta. Tym miastem jest Neapol. Jeśli to nie stylizacja, do której autor Drugiego przyjścia zdradza pewną skłonność, jeśli istotnie Neapol stał się jego miastem, należy mu powinszować przezwyciężenia kompleksu wygnańca. Neapolitańska „naszość” Herlinga, to cenna zdobycz, której pozazdrościć może każda emigracja polityczna i każda literatura. Zwłaszcza polska. Nigdy Mickiewicz (nie ten na usługach NKWD, z którym Herling zetknął się w Grodnie w marcu 1940 roku, ale ten dawniejszy, z Nowogródka) nie nazywał Paryża swoim miastem. Mimo profesury w Collège de France i posady bibliotekarza w paryskim Arsenale. Jemu nawet Warszawa, której nie znosił „na niewidziane” nie byłaby „naszym miastem”. Wieszcz Adam był zakutym fuoruscito. Nasz Neapolitańczyk z Kielecczyzny w ogóle nie jest zakuty. Pozwala mu to świetnie orientować się w życiu i pismach cudzoziemców.

Lubi Herling nawiązywać do starych tekstów literackich i dokumentarnych. We wstrząsającym opowiadaniu Wieża, w książce Skrzydła ołtarza, nawiązuje do Le lépreux de la cité d'Aoste Xaviera de Maistre, z roku 1811, a w Moście do Cronaca Giornaliera delle Provincie Napoletane De Sterlicha, z roku 1869. Nieraz też „za odskocznię” do własnych rozważań lub opowieści służą mu cytaty z pism bliskich mu autorów, jak Kafka lub Camus.

W tych uwagach uwzględniliśmy głównie beletrystyczne, a raczej półbeletrystyczne utwory Herlinga, ze szkodą dla jego równie ciekawych, bystrych, czasem namiętnych szkiców krytycznych i sylwetek. Postąpiliśmy tak celowo. Rodzaj prozy bowiem, jaki z powodzeniem uprawia Herling, wydaje mi się znamienny nie tylko dla niego. Ten rodzaj może obecnie przyczynić się do rozwiązania kryzysu, czy też rzekomego kryzysu narracji opartej na zmyśleniu. Proza z pogranicza beletrystyki i eseju ma przed sobą przyszłość. W trzeźwej, opanowanej, pozornie chłodnej prozie Herlinga-Grudzińskiego – jest poezja bez liryki. Jak do tej pory nie ma Herling ambicji nowatorskich, nie kusi go eksperymentowanie. Forma i styl jego opowieści wskazują na kontynuowanie chwalebnych tradycji. Autor Skrzydeł ołtarza i Drugiego przyjścia dba o polerunek zdania, o jego brzmienie i kadencje. Lubi ozdobne metafory, ale nie jest ich niewolnikiem. Gdyby Prosper Mérimée lub Anatol France przeszli przez sowieckie łagry i byli pod Monte Cassino i żyć musieli w złowrogim cieniu „Demona naszych czasów”, może pisaliby podobnie jak Gustaw Herling-Grudziński.

 

Tekst pierwotnie opublikowany w „Kulturze” nr 1/2, Paryż 1965